Niedziela, 22 września 2019 r. Imieniny Maury, Milany, Tomasza

Kaukaska Supra kcyńskich Klimków

W dniach od 29 lipca do 13 sierpnia grupa entuzjastów górskich wędrówek z Koła Turystów Górskich im. Klimka Bachledy w Kcyni wyjechała na dwutygodniową wyprawę górską w Wysoki Kaukaz. Wyjazd ten został połączony z zwiedzaniem przepięknych zabytków Gruzji. Po wylądowaniu w Tbilisi, załadowaliśmy się do podstawionego Suva i wyruszyliśmy do punktu startowego pierwszej części naszej wyprawy, który mieścił się w niewielkim przysiółku górskim w zapomnianej przez Boga i turystów Czewsuretii, krainie w północnej Gruzji, od północy graniczącej z Czeczenią. Po drodze zwiedziliśmy perłę architektury sakralnej w Gruzji, przepiękną cerkiew Dżwari z VI wieku. Wznosi się ona malowniczo na szczycie urwistego wzgórza górującego nad Mcchetą, pierwszą stolica Gruzji. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Roszki, jest to wysoko położona wśród zielonych hal pasterska wioska złożona z kilku domów zasiedlanych w czasie letniego wypasu przez życzliwych górali.  Nasz kierowca wykazał się doskonałymi umiejętnościami w czasie pokonywania przepastnych serpentyn gruntowej drogi, stale niszczonej przez ulewy lub osunięcia górotworu i naprawianej przez ciężki sprzęt. Wymijanie jadących z naprzeciwka samochodów powodowało każdorazowo niebezpieczny balans nad kilkusetmetrową przepaścią. Po dojechaniu na miejsce podziękowaliśmy serdecznie kierowcy i po zarzuceniu plecaków na ramiona rozpoczęliśmy wędrówkę górskimi ścieżkami. Pierwszy nocleg wypadł nad małymi Jeziorkami Abudelautri mieniącymi się w zachodzącym słońcu malachitowym blaskiem. Nocna ulewa połączona z gradobiciem nie zniechęciła nas do dalszej wędrówki. Rano po zwinięciu mokrych namiotów ruszyliśmy ostro pod górę i powoli nabierając wysokości z ciężkimi plecakami wczłapaliśmy się na boczną grań Masywu Chaukhi na wysokość 3338 m n.p.m. Na niej w czasie odpoczynku mogliśmy nacieszyć się widokami morza gór u naszych stóp. Z lewej tajemniczo zza zasłony chmur pojawiły się przepastne zerwy Javakhishwilli 3733 m n.p.m, Takawashwilii 3424 m n.p.m i ostatniego z trojaków Tikanadze 3436 m n.p.m (to kuźnia gruzińskich wspinaczy). W powoli zachodzącym słońcu połyskiwały one opalizującymi barwami, pionowymi granitowymi ścianami i urwistymi zerwami skalnymi. Po zejściu sto metrów niżej zatrzymaliśmy się przy źródle wypływającym z lodowca, aby rozbić namioty. Głuche mruczenie kuchenek oznajmiało czas przygotowań do posiłku. Następnego dnia powoli, często zatrzymując się raczyliśmy oczy soczystą zielenią okolicznych hal, zeszliśmy mieniącą się różnokolorowymi kwiatami doliną do górskiej osady Juta. Tutaj rozbiliśmy namioty przy hoteliku ZETA, gdzie mogliśmy po raz pierwszy spróbować specjałów gruzińskiej kuchni. Po dwudniowym odpoczynku przejechaliśmy do Stepancmindy, turystycznego centrum u stóp Kazbeku
5033 m n.p.m. Dołączyli do nas tutaj gruzińscy przewodnicy wysokogórscy Lewan i Besan wynajęci przez nas w miejscowej firmie polsko-gruzińskiej.  Gdy skompletowaliśmy sprzęt do wspinaczki wysokogórskiej wyruszyliśmy do cerkwi Cminda Sameba, która jest symbolem Gruzji – piękna natury i niezłomności charakteru mieszkańców tej ziemi, którzy na niedostępnej górze, na odludziu postawili takie arcydzieło. Powoli wspinając się z ciążącymi plecakami weszliśmy do Saberdze 3100 m n.p.m i tutaj niedaleko szwajcarskiego schroniska, rozbiliśmy namioty. Nocne ulewy opóźniły następnego dnia naszą dalszą wędrówkę. Po zwinięciu obozowiska Lewan i Besan poprowadzili nas wśród gęstych oparów chmur, bezpieczną trasą omijając szczeliny w potężnym lodowcu.  Pokonanie lodowca Gergetii zajęło nam półtorej godziny i gdy doszliśmy do moreny spotkaliśmy grupę ratowników wysokogórskich znoszących ciężko chorego na chorobę wysokościową turystę z Estonii. Widok ten uzmysłowił nam skalę trudności czekających nas w niedalekiej przyszłości.  Powoli wspinaliśmy się osypującą się ścieżką do Stacji Meteorologicznej. Mijająca nas grupa polskich wspinaczy z przerażeniem w oczach przekazała nam relacje z bardzo trudnych warunków atmosferycznych panujących na terenie obozowiska jak i z swojej nieudanej próby wejścia na szczyt Kazbeku. Po wejściu na morenę, znaleźliśmy szybko osłonięte olbrzymim głazem miejsce, chroniące nas przed gwałtownymi podmuchami zimnego wiatru. Rozbicie naszych namiotów w takich warunkach wymagało ekwilibrystyki i współpracy całego zespołu, chłopaki udali się do ujęcia wody spod lodowca i zaczęli przygotowywać posiłek, a dziewczyny po przebraniu zaszyły się w ciepło puchowych śpiworów. Raźne warczenie naszych maszynek butanowych i pierwszy ciepły posiłek w tym dniu pozwolił przywrócić wiarę w nasze możliwości.  Następnego dnia ranek przywitał nas słoneczną i ciepłą aurą. Przedpołudniem wspólnie z naszymi przewodnikami weszliśmy na wysokość 4100 m n.p.m, aby nabrać aklimatyzacji i przyzwyczaić nasze organizmy do mniejszej zawartości tlenu w wdychanym powietrzu, a popołudniu pod kierunkiem Besana przeszliśmy szkolenie lodowcowe. W nocy o godzinie 2.00 rozpoczął się atak na szczyt Kazbeku 5033 m n.p.m. Wyszliśmy w dwóch zespołach, Lewan z Jankiem szybko pomknęli do przodu.  Besan powoli idąc z Mariuszem i Jackiem zdobywali wysokość. Po wyjściu ponad plateau na wysokości 4650 m n.p.m. z żalem zdecydowaliśmy się na powrót. Zespół ten był już blisko przed szczytem jednakże Mariusz, który wcześniej zgłaszał problemy zdrowotne, czuł się coraz gorzej i poprosił nas o odwrót. Zachodziło podejrzenie choroby wysokościowej, więc wycofaliśmy się do bazy. Po kilku godzinach potwornie zmęczony, lecz szczęśliwy z wejścia na szczyt wrócił do bazy Janek. Następnego dnia rano przyszło ponownie załamanie pogody związane z opadami śnieżnego puchu i silnymi porywami wiatru, zdecydowaliśmy się zejść do Stepancmindy. Wracając do Tbilisi zwiedziliśmy średniowieczną warownię i monastyr w Ananurii, w ten sposób zakończyliśmy naszą górską przygodę z Kaukazem, a rozpoczęliśmy poznawać zabytki tego gościnnego kraju i uroki kuchni gruzińskiej. Zwiedzanie tajemniczych zaułków wielokulturowej gruzińskiej stolicy, przepięknych monastyrów, starych i zabytkowych cerkwi, meczetu czy żydowskiej synagogi zajęło nam dwa dni. Następny dzień to wyprawa wynajętą marszrutką do tajemniczego „skalnego miasta” w Dawid Garedżi przy granicy z Azerbejdżanem. Będąc pod wielkim wrażeniem tego średniowiecznego cudu architektonicznego, sącząc wyborne gruzińskie wina, długo i w milczeniu kontemplowaliśmy niezwykłość tego swoistego „bieguna chrześcijaństwa”. Kilkaset metrów dalej był islamski Azerbejdżan… Następnego dnia wyjechaliśmy do najstarszego miasta w Gruzji znajdującego się nad brzegiem rzeki Mtkwari w Upliscyche z resztkami wykutych w piaskowcowej skale tajemniczych świątyń zaratrustrańskich zmienionych w średniowieczu za czasów królowej Tamar w chrześcijańskie cerkwie i monastyry. To największy taki kompleks wykuty w skale w Gruzji. Po drodze do stolicy zatrzymaliśmy się w Gori, aby zwiedzić socrealistyczny kompleks muzealny poświęcony największemu zbrodniarzowi w historii świata – Stalinowi. Zastanowiła nas ilość eksponowanych w nim upominków, jakie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku otrzymał ten tyran od Polaków… Po powrocie na kwaterę spakowaliśmy się. Czas zbierać się do Polski … wieczór przed odlotem spędziliśmy na błoniach nad rzeką Mtkwari otoczeni rozśpiewanym i kolorowym Tbilisi… Do zobaczenia…

Supra –  zwyczajowe bardzo gościnne przyjęcie gruzińskie.

materiał: Jacek Maćkowski

--> wstecz